wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział I

*Veronica*

Przekręciłam klucz w zamku mojego nowego mieszkania. Było tak pusto. Muszę go jak najszybciej urządzić- pomyślałam Jednak wiedziałam, że to nie chodzi o umeblowanie. Byłam przyzwyczajona, że mieszkałam z Andreasem. On i jego koledzy, którzy spędzali u nas prawie każdą wolną chwilę sprawiali, ze w moim życiu zawsze coś się działo. Nigdy nie wiało nudą. Kiedy mój kochany braciszek wyjeżdżał zabierał mnie ze sobą. Bałam się samotności. Więc co mnie skłoniło do wyjazdu? Nowa dziewczyna Andreasa. Nie żebym coś do niej miała, ale była b e z n a d z i e j n a! Ledwo się poznali, a już miesza się w nasze sprawy. Na każdym kroku starała się mnie upokorzyć. Nie wytrzymałam, wyjechałam. Oczywiście mój brat o niczym nie wiedział. Myślał, że to moja i tylko moja decyzja. Przemyślana. Phi. Ja nigdy niczego nie przemyślałam. Jestem typem osoby, która najpierw robi później myśli.
Wracając... Dlaczego jeszcze nie lubię Sabrine? Leci tylko i wyłącznie na kasę mojego brata. Ogranicza go. Nie pozwala mu być sobą, a on niczego nie widzi! Albo tylko udaje, bo nie chce być sam. A ja? Nigdy nie miałam chłopaka. Do czego mi on potrzebny? Miałam najlepszych przyjaciół pod słońcem.Nie miałam również przyjaciółki. Bo po co mi ona? Zawsze trzymałam się w 'męskim gronie'. Ja, Andreas, Schlieri i Morgi. Oto nasza paczka na dobre i złe. Czasem dołączali do nas Manuel i Stefan, a nawet Wolfgang z Pointnerem. Jednak nasza czwórka była na zawsze. Tylko, że to 'na zawsze' okazało się krótsze niż myślałam. Ale to tylko moja wina.

Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Zdziwiłam się. Kto mógł znać mój adres?

-Dzień dobry- usłyszałam, gdy tylko otworzyłam drzwi
-Witaj- wymusiłam uśmiech- W czym mogę pomóc?
-Widziałam, że pani się tu wprowadza. Przepraszam, że tak prosto z mostu,ale nie szuka może pani współlokatorki?

Popatrzyłam na dziewczynę jak na ufo i już miałam zamknąć jej drzwi przed nosem, ale stwierdziłam, że to może nie tak zły pomysł, jak się wydaje. Najpierw trzeba było jednak poznać tą dziewczynę.

-Wejdź do środka- przepuściłam ją- wybacz bałagan, ale dopiero dzisiaj dostałam klucze, nawet nie jest umeblowany...- urwałam, bo zobaczyłam jak dziewczyna wpatruje się w zdjęcie powieszone w przedpokoju. Jedna z nielicznych ozdób, jaka znajdowała się w tym domu- Wszystko w porządku?
-A tak, przepraszam. Cudo- skomentowała
-A co to?- zapytałam, a ona spojrzała na mnie jakbym powiedziała, że pochodzę z Marsa
-To zdjęcie całego składu FC Barcelony, z autografami- przyłożyła rękę do fotografii, Kątem oka zerknęła na mnie. Nadal nie wiedziałam o co chodzi.- Naprawdę pani nic nie wie?
-Żadna pani- żachnęłam się- Veronica jestem- wysiliłam się na uśmiech, mimo że ciemnowłosa dziewczyna coraz bardziej mnie przerażała

-Carolina- odpowiedziała- FC Barcelona to najlepsza drużyna piłkarska na świecie. Została założona 29 listopada 1899 roku...- zaczęła z zapałem opowiadać historię klubu. Usiadłyśmy na podłodze. Byłam pod wrażeniem wiedzy, którą posiadała. Widać, że kochała ten klub ponad życie. Kiedy skończyła wpadł mi do głowy pewien pomysł, który połączy przyjemne z pożytecznym. Jak najszybciej chwyciłam telefon i wystukałam numer brata. ale ten kretyn oczywiście nie odbierał. Dla niego telefon służy tylko do zabawy. Postanowiłam zadzwonić do Gregora:

~Co koteczku, ledwie wyjechałaś i stęskniłaś się za najlepszym, najprzystojniejszym najinteligentniejszym przyjacielem na świecie?
-Zapomniałeś dodać najskromniejszym, kicia- zaśmiałam się
~Mniejsza o to. Czego potrzebujesz? Biletów pierwszej klasy, czy prywatnego odrzutowca? Oba czekają, bo przewidzieliśmy, że długo w Hiszpanii nie wytrzymasz. Chociaż szczerze mówiąc dawałem ci tydzień. Zawiodłaś mnie. Przez ciebie wiszę Morgiemu flaszkę.
-O czym ty gadasz? Zresztą nie ważne, bo ani jedno ani drugie- powiedziałam i wystawiłam język
~Nie widzę cię, ale mogę się założyć, że pokazujesz mi jęzor- niemal widziałam jego szeroki uśmiech. Przejrzał mnie, ale nie dziwi mnie to. Znał mnie jak nikt inny...- to czego dusza ludzka pragnie?
-Czy ja od razu muszę czegoś chcieć? Może po prostu się stęskniłam i chciałam pogadać? Dobra słuchaj: nie załatwiłbyś mi biletów na najbliższy mecz Barcelony? Najlepiej tuż przy murawie.
~Co?
-To co słyszałeś
~Ale co, gdzie, jak?
-Tak jak myślałam. Schlieri wiecznie nieogarnięty. Dobra sama coś wykombinuję.
~Ale po co ci te bilety?
-Bo idę z przyjaciółką na mecz- Przygryzłam wargę. Dobra, wiedziałam, że to 'przyjaciółką' było przesadzone, ale lubiłam wkurzać Gregora
~Ledwo wyjechała, a już nowych przyjaciół sobie poznajdywała Co będzie następne?- powiedział, a w jego głosie słyszałam irytację
-Też cię kocham lamo. Dobra muszę kończyć. Caroline czeka. To papa kochanie- pośpiesznie się rozłączyłam. Dobrze wiedziałam, czym może skończyć się jego filozofia. Schlierenzauer to zajebisty przyjaciel, fenomenalny skoczek, ale myśliciel z niego taki, jak ze mnie księżniczka wiosny. Wiedziałam natomiast jedno: muszę na własną rękę załatwić sobie bilet. Wiedziałam, że to nie będzie łatwe, bo z tego co zrozumiałam od Caro dziś są derby Hiszpanii i przyjeżdża jakiś klub z Madrytu. Z pewnością czeka mnie trudne zadanie, ale w końcu nazwisko Kofler może się na coś przydać.

*Gregor*

Kiedy dowiedziałem się, że wyjeżdża serce mi pękło na miliony kawałeczków. Była moją najlepszą przyjaciółką. Miałem ochotę rzucić wszystko i jechać za nią. Nie ja jeden. Podobne plany miał Kofler. Nie mógł znieść myśli, że jego mała, kochana siostrzyczka zamieszkała sama w tak dużym mieście, w którym żyje wiele razy więcej ludzi niż w rodzinnym Innsbrucku. Ale sam był sobie winny. Gdyby nie Sabrine ona nigdy by nie wyjechała. Ale tego Andreas nie wiedział. Kończyłem właśnie trening, gdy usłyszałem dźwięk telefonu. Veronica. Uśmiechnąłem się szeroko:

-Co koteczku, ledwie wyjechałaś i stęskniłaś się za najlepszym, najprzystojniejszym najinteligentniejszym przyjacielem na świecie?- przywitałem się
~Zapomniałeś dodać najskromniejszym, kicia- odpowiedziała chichocząc
-Mniejsza o to. Czego potrzebujesz? Biletów pierwszej klasy, czy prywatnego odrzutowca? Oba czekają, bo przewidzieliśmy, że długo w Hiszpanii nie wytrzymasz. Chociaż szczerze mówiąc dawałem ci tydzień. Zawiodłaś mnie. Przez ciebie wiszę Morgiemu flaszkę.- powiedziałem. Faktycznie, założyliśmy się ile wytrzyma. Każdy z nas obstawiał jakiś okres czasu, ale w głębi duszy chcieliśmy, by Thomas miał rację i wróciła jeszcze w tym tygodniu
~O czym ty gadasz? Zresztą nie ważne, bo ani jedno ani drugie- poinformowała mnie
-Nie widzę cię, ale mogę się założyć, że pokazujesz mi jęzor-uśmiechnąłem się jeszcze szerzej - to czego dusza ludzka pragnie?
-Czy ja od razu muszę czegoś chcieć? Może po prostu się stęskniłam i chciałam pogadać? Dobra słuchaj: nie załatwiłbyś mi biletów na najbliższy mecz Barcelony? Najlepiej tuż przy murawie.
~Co?
-To co słyszałeś
~Ale co, gdzie, jak?
-Tak jak myślałam. Schlieri wiecznie nieogarnięty. Dobra sama coś wykombinuję.
~Ale po co ci te bilety?
-Bo idę z przyjaciółką na mecz- po jej słowach zasępiłem się
~Ledwo wyjechała, a już nowych przyjaciół sobie poznajdywała Co będzie następne?- powiedziałem z nutką irytacji w głosie
-Też cię kocham lamo. Dobra muszę kończyć. Caroline czeka. To papa kochanie- pośpiesznie się rozłączyła.

Cały czas po głowie chodziły mi dwie rzeczy: nowi przyjaciele Vera i jej słodki głosik, mówiący 'kochanie'. Co się z nią stało? Ona nigdy taka nie była. Nie lubiła towarzystwa dziewczyn. Teraz ma swoją przyjaciółeczkę. I to 'kochanie'. Ona nie była skłonna do rozdawania tego typu wyznań. Szczerze? Nigdy wcześniej nie słyszałem, by tak wcześniej mówiła. Coś musiało ją zmienić. Tylko co? Ze swoich rozważań zwierzyłem się Morgiemu:

-Geregor, uspokój się. Nic ją nie zmieniło.
-To jak wytłumaczysz to wszystko- złapałem się za głowę. Byłem zły na Morgensterna, że mnie nie popiera
-Moim zdaniem ona nic, a nic się nie zmieniła. To, że ma nowych znajomych to dobrze. Będzie miał kto o nią dbać.I wiesz co ci powiem? Ty po prostu, najzwyczajniej w świecie jesteś zazdrosny!
-Bo to moja przyjaciółka! Mała, drobna...
-Zaczynasz biadolić jak Andreas! Weź się w garść Schlierenzauer!- Thomas wszedł mi w słowo
-Jak mam wziąć się w garść, jak moja mała, drobna, bezbronna, kochana przyjaciółeczka jest tyle kilometrów stąd!
-Kochana hmmm?- uniósł brew
-Zamknij się Morgi. Ty wszędzie widzisz miłość! A sam jakoś jej nie upilnowałeś!- wykrzyczałem i natychmiast pożałowałem swoich słów. Wiedziałem jak Thomas cierpiał po rozstaniu. Nigdy się z nim nie pogodził. Jedyną osobą dla której się trzymał była jego córeczka Lilly. Popatrzył na mnie smutnym wzrokiem- Przepraszam- wyszeptałem. On nic nie odpowiedział. Wyszedł bez słowa.

*Veronica*

Byłam wściekła! Wszystkie bilety już dawno sprzedano, bo jakieś Gran Derbi. Widziałam, że Caroline nie jest szczególnie zaskoczona. Nawet nazwisko, które noszę nie sprawiło, że dostałyśmy się na stadion.

-Veronica, daj spokój. Dzisiaj w żaden możliwy sposób się tam nie dostaniemy
-O nie, nie. Ja jestem Veronica Kofler i ja zawszę dostaję to, czego chcę!- krzyknęłam. Oczy wszystkich osób znajdujących się w koło zwróciły się ku nam. Ze szczególnym zaciekawieniem patrzył na nas mężczyzna o chomikowatej twarzy z długopisem w ręku. Ignorując całą resztę, która mruczała z niezadowoleni ruszył w naszym kierunku.
-Witajcie- uśmiechnął się pokazując rząd śnieżnobiałych zębów
Spojrzałam na niego zaintrygowana. Gdzieś już widziałam tą twarz, tylko nie pamiętałam gdzie. Stwierdziłam jednak, że nie jest godny mojej uwagi , więc zwróciłam się ponownie do Caroline:

-Czy im się to podoba, czy nie będą musieli mnie wpuścić
-Veronica...- zaczęła, ale ja jej przerwałam
-Tak, wiem. Pewnie chcesz wiedzieć po co w ogóle chcę tam wejść skoro nie interesuję się piłką, ale po prostu chciałam lepiej cię poznać, a najlepiej to zrobić w miejscu, którym kochasz
-Vera...- ponownie chciała coś powiedzieć, ale ja znowu jej przerwałam
-Nie. Naprawdę chcę cię tam zabrać, to nie jest żaden problem. Problemem są ci idioci, którzy twierdzą, że dla mnie nie ma biletu!
-Może pomogę?- zapytał mężczyzna
-Och to pan nadal tu jest? Raczej nie ma jak nam pomóc.
-Ja jednak pomogę- powiedział ponownie się szczerząc. Wcisnął mi w rękę dwa bilety i małą karteczkę.
-Ale..-chciałam coś powiedzieć, lecz jego już nie było- Dziwny typ- skwitowałam uśmiechając się do Caro. Ona patrzyła na mnie z niedowierzaniem
-Czy ty wiesz kto to był- zapytała piskliwym głosem
-Nie, a powinnam?
-To Jordi Alba!
-Kto?
-Jeden z najlepszych piłkarzy świata!

Spuściłam wzrok zarumieniona. Popatrzyłam na karteczkę:

Ładnie kibicujcie :) Jeśli chcesz poczekaj na mnie po meczu na trybunach.
                                                                                            J.A.

Czyli mamy plany na jutrzejszy dzień- pomyślałam i ruszyłam z Caroline w kierunku wejścia.
__________________________

Nudny, nudny, nudny ;_______________;
To dla Karoliny i dla jej kolegi,którzy podsunęli mi pewien pomysł :D
Oczywiście równie dla mojej kochanej Badstuberowej :D

Czytasz+ komentujesz= motywujesz= szybciej dodaję rozdziały :D




niedziela, 15 grudnia 2013

Prolog

Do tej pory mieszkałam z bratem. Rodzice dawno nas zostawili. Nie akceptowali pasji mojego brata, nigdy go nie wspierali. Byłam przy nim ja i tak już zostało. Nie brakowało mi matki i ojca. Nigdy. Byłam szczęśliwa. Miałam przyjaciół, brata, nigdy nie byłam sama. Ale jednak postanowiłam się usamodzielnić. Wyprowadziłam się od Andreasa i jego nowej głupiej dziewczyny. Ruszyłam przed siebie. Mój kierunek? Barcelona!

____
Tak, coś mnie rąbnęło i założyłam nowego bloga :3
Bardzo dziękuję Karolinie, bo gdyby nie ona nie wiem, czy coś by z tego wyszło... <3
Mam zaplanowane ok 11 rozdziałów+ epilog, ale znając mnie wszystko się zmieni :3
Rozdziały będą dodawane co dwa tygodnie w weekendy :) (może czasem dodam częściej ;))
Zapraszam do zapoznania się z bohaterami.
Jeśli chcesz być informowana/ny o nowych rozdziałach napisz tutaj.
Natomiast jeśli chcesz obejrzeć trailer (wykonany przez Karolinę, jeszcze raz, wielkie dzięki <3) kliknij tutaj